Czerwony Klasztor i bryndzowe haluszki, czyli jeden dzień na Słowacji

Jako że nasz czerwcowy, długi weekend składał się z aż czterech wolnych dni, jeden z nich postanowiliśmy spędzić na Słowacji. A dokładniej w miejsowości Czerwony Klasztor, gdzie na obiad udaliśmy się do góralskiej restuaracji u Petríka.

Haluszki! Dajcie mi haluszki

Uwielbiamy! To jedno z tych dań, wobec których nie można przejść obojętnie. Ni to nasze kluski z lanego ciasta, ni kopytka. Jednym słowem przepis nie do podrobienia. Co więcej, żeby zrobić bryndzowe haluszki, potrzebne jest do tego specjalne naczynie, coś na kształt metalowej patelni z dziurkami, takimi jak w sitku, przez które przeciera się ciasto. Do tego ten charakterystyczny gorzko-słony smak bryndzy. I boczek z cebulką. Niebo w gębie. Bo prawda jest taka, że zawsze gdy ładniejsza połowa tego bloga słyszy hasło Słowacja, od razu myśli: bryndzowe haluszki! Inni jeżdżą na Słowację by móc podziwiać piękno gór, by pozwiedzać miasta. My jeździmy na Słowację by bezkarnie objadać się haluszkami. A zwłaszcza tymi, które serwują w Goralská reštaurácia u Petríka.

Červený Kláštor

Nie oszukujmy się, nie była to męcząca wyprawa. Z racji faktu że w nocy spadł deszcz, a i cały dzień wisiał pod znakiem deszczowego zapytania, jednogłośnie odpuściliśmy sobie spacer po Słowackim Raju i innych tego typu atrakcjach, gdzie prawdopodobeństwo skręcenia kostki lub upadku do rwącego strumienia wynosi wielokrotność 1000%. Zamiast tego zwyczajnie wsiedliśmy do samochodu w Białce, i przy dzwiękach Rudimental oraz duetu Xxanaxx, dotarliśmy do miejscowości o wdzięcznej nazwie Czerwony Klasztor. Po zwiedzeniu klasztoru (w 25 minut, byłoby w 20 min, ale ładniejsza połowa tego bloga spanikowała i zabłądziła na ostatniej prostej, na szczęście dzięki niebywałej uprzejmości – litości? – miłego pana siedzącego na kamieniu, na prawo patrząc od wyjściowych drzwi, udało jej się wydostać z tego miejca, prawie bez trwałych śladów na psychice). I tak napatrzeni na klasztor i jego zawartość, a raczej to co z niej zostało, wyruszyliśmy do „centrum” w poszukiwaniu strawy. Pierwsze miejsce, które napotkaliśmy, nie zachwyciło nas, postanowiliśmy więc iść przed siebie i tak trafiliśmy do góralskiej restauracji u Petríka. A było to dobre.

Goralská reštaurácia u Petríka

Usiedliśmy na jedynym wolnym miejscu, między kajakarzami z Czech a panem, który wyglądał na lokalesa. A nasza uśmiechnięta kelnerka zjawiła się w ułamku sekundy. Przyniosła nam karty z których jednogłośnie wybraliśmy bryndzowe haluszki z boczkiem (bryndzové halušky so slaninou), piwo Zlatý Bažant (nealko) oraz laną Kofolę (čapovaná Kofola), której smak nijak się ma do tego, co sprzedawane jest w butelkach. Po chwili podano nam nasze napoje, szybko też pojawiły się nasze haluszki. I były pyszne, dokłanie takie, jakie powinny być. Idealne zrobione, z dodatkiem fantastycznej bryndzy, z cudownie zrumienioną cebulką i wysmażonym boczkiem. Poemat!

Nie wiemy jak inne dania, ale patrząc po ilości gości, w tym zdecydowanej większości Słowaków i Czechów, wychodzi na to że Petrík ma cieszy się dobrą opinią wśród lokalesów. Więc jeżeli będziecie kiedyś w Czerwonym Klasztorze, koniecznie wstąpcie do u Petríka. Nie pożałujecie.  

Goralská reštaurácia u Petríka
Červený Kláštor 61, Słowacja
https://www.facebook.com/goralska.restauracia.cerveny.klastor/

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*