Łemkowski Gar – krakowskie Bieszczady?

łemkowski garJak zapewne wiecie, jesteśmy wielkimi fanami naszych wspaniałych, polskich Bieszczad, ale także i tamtejszej kuchni. Już jakiś czas temu w Krakowie powstało miejsce, które miało się okazać namiastką tego klimatu. Mowa tutaj o restauracji Łemkowski Gar. Czy wrażenia kulinarne sprawią, że przeniesiecie się na chwile w magiczny rejon Bieszczad? Przyznajemy, że recenzja ta będzie wyciągnięta nieco z „szafy”, gdyż byliśmy tam na początku obecnej zimy, ale jeśli tylko nic się od tamtej pory nie zmieniło, to raczej nie zapragniecie spotnanicznego, sentymentalnego wypadu na wschód Polski.

Bieszczady to niepodrabialny klimat

Bieszczady znane są z tego, że są miejscem wielokulturowym, zamieszkiwanym na przestrzeni lat przez wiele grup etnicznych. Chyba najbardziej kojarzoną z nich są Łemkowie posiadający bogatą historię i kulturę. To właśnie do nich nawiązuje nazwa restauracji Łemkowski Gar. Niestety, nawiązuje niemalże tylko z nazwy, gdyż wewnątrz praktycznie brak jakichkolwiek śladów łemkowszczyzny, bogatej przecież we wspaniałe symbole i kolorowe stroje ludowe. Nie ma nawet ani śladu Bieszczad, czy w ogóle gór (chyba, że ktoś uznaje, iż drewno można znaleźć tylko w górach). Nie da się ukryć, że wewnątrz jest bardzo nudno i mało klimatycznie, jak na (prawdopodobnie) jedyną restaurację w Krakowie odwołującą się do kuchni łemkowskiej. Książki jednakże nie należy oceniać po okładce. Przejdźmy zatem do jedzenia.

Menu bieszczadzko-węgiersko-stołówkowe

Na pierwszy rzut oka, karta dań również nie zrobi na Was wrażenia. Dania kuchni bieszczadu stanowią jakieś 30% menu. W znakomitej większości znajdziecie tam to, co w każdej polskiej knajpce, czyli bigos, kotlet schabowy, mielony, drobiowy, roladki, zimne nóżki, tatar, czy nawet taką egzotykę jak węgierski bogracz lub wszechobecny krem z pomidorów. Nie dajcie się oszukać oczom, gdyż nawet dania z pozoru „bieszczadzkie”, jak „duszona jagnięcina z bieszczad”, zawierają składniki, których raczej próżno tam szukać w środowisku naturalnym, jak morele i oliwki. Golonka po łemkowsku również zdaje się nie różnić niczym od zwykłej, najzwyklejszej golonki, którą zamówicie w dowolnym innym miejscu. Ogólnie wygląda to bardzo słabo. Postanowiliśmy się skupić jednak na daniach najbardziej przypominających te miejscowe.

Przystawki, czyli jak trzema krokami zejść z górskiego szczytu

Na przystawkę zamówiliśmy zupę – kysełnicę z komperami i grzybami podaną z proziakiem, fuczki z gulaszem z żołądków i smażony ser kozi z Bieszczad. Przytoczona kolejność jest nieprzypadkowa, gdyż o ile zupa była bardzo smaczna i faktycznie iście bieszczadzka, fuczki, które bardzo lubimy nie były zbyt porywające i nie przypominały całkowicie tych jedzonych w górach, ale były OK, to już wynalazek pt. „Smażony ser kozi z Bieszczad” był jedną z najgorszych rzeczy, jaką jedliśmy od dawna. 
Najzwyklejszy kawałek sera (bo jego smak był niemalże niewyczuwalny), zalany jakąś przedziwną, niesamowicie kwaśną mieszaniną przypominającą w konsystencji kompot o smaku żurawiny, która całkowicie zabiła smak czegokolwiek innego i zdominowała to „danie”. Dla potwierdzenia „bieszczadzkości” tego dania należy wspomnieć, iż przedziwna mikstura miała w składzie jakże powszechnie zajadaną przez łemków morelę…

 

Dania główne – już bieszczadzko, ale przeciętnie

 

 

 

 

 

Jako dania główne wybraliśmy hałuszky z kapustą kiszoną i czebureki. Dania już naprawdę lokalne i co charakterystyczne dla tamtejszej kuchni – bardzo proste. Niestety wszyscy dobrze wiemy, że czasem na najprostszych rzeczach najłatwiej się wyłożyć. Co prawda nie można określić tych dań jako złe, ale zwyczajnie były bardzo przeciętne i jedząc z zamkniętymi oczami (oczwywiście nie licząc kefiru do czebureków) nie bylibyśmy w stanie powiedzieć co jemy. Żeby jednak nie przesadzić ze zbytnią „tradycyjnością” talerz z czeburekami ozdobiono oczywiście odrobiną roszponki. Jak wspomniliśmy, źle nie było, ale o łezce w oku również w tym przypadku nie mogło być mowy. Na osłodzenie całej sytuacji zamówiliśmy deser, czyli syrniki łemkowskie, które również większego szału na Nas nie zrobiły. W końcu deser – dobrze by było – aby był słodki…

Łemkowski Gar – po Bieszczady… w Bieszczady

Opuściliśmy Łemkowski Gar nieco rozczarowani, ale ze względu na sentyment „karalucha” nie będzie. Pomysłodawcom sugerujemy zerknąć do książki Krzysztofa Antoniszaka – „Kuchnia bieszczadu”. Na pewno znajdą tam inspirację i ducha bieszczadzkiej kuchni. Nie należy się zniechęcać, gdyż idea takiego miejsca w Krakowie godna jest pochwały i wsparcia. Póki co – o ile od naszej ostatniej wizyty nic się nie zmieniło – polecamy Wam po odrobinę Bieszczad wybrać się tylko w Bieszczady. Zachęcamy do skorzystania z naszych starszych recenzji po kilku tamtejszych restauracjach, które znajdziecie w poniższej zakładce:

http://kartaczygotowka.pl/category/tymczasem-na-podkarpaciu/

Mamy nadzieje, że one Wam pomogą odkryć tą wspaniałą kuchnię!

Łemkowski Gar
Bunscha 73B, 30-392 Kraków
http://lemkowskigar.pl/

Dodaj komentarz