Prowansja na weekend

Prowansja na weekned? Jak pomyśleliśmy, tak też zrobiliśmy, tylko że przygotowania do czerwcowej wyprawy zaczęliśmy już w lutym. Bowiem znalezienie pól lawendowych w Prowansji nie jest taką oczywistą sprawą, jak mogłoby się wydawać  na pierwszy rzut oka. Ale po kolei.

Prowansja – co, gdzie, jak?

Reklamy

Będąc jeszcze w Krakowie szybko przekonaliśmy się, że to nie my wybierzemy miejsce naszego pobytu, tylko ono wybierze nas. A wszystko za sprawą pewnego kalendarza, który znaleźliśmy w sieci. To on zdecydował, że lecąc końcem czerwca na południe Francji, najlepiej będzie zatrzymać się gdzieś pomiędzy Sault a Apt, bowiem tylko tam o tej porze kwitnie lawenda. No cóż, jak mus to mus. Lot do Marsylii z Ryanair, bo tylko on lata z Krakowa w piątek popołudniu i wraca w poniedziałek wieczorem. Jest też opcja lotu inną linią, tylko że do Nicei, do tego w środę z powotem w niedzielę. Nam do lawendy najbliżej było przez Marsylię. Nocleg wiadomo, przez Booking.com – Les Gites de Catherine w miejscowości Gargas. Samochód w Goldcar, mimo że w sieci ma ocenę poniżej 2, obowiązkowo z pełną opcją ubezpieczenia żeby nie blokowali na karcie 8000 pln depozytu (sic!). No to fru i sru!

Droga do Gargas

Lot z Krakowa opóźniony o godzinę. Po wylądowaniu okazuje się, że w Goldcar jednak zablokują nam depozyt na karcie, na szczęście tylko na nieco ponad 100 eur, na wypadek gdybyśmy oddali samochów z pustym bakiem. Przed nami 85km jazdy, Google mówi że zajmie nam półtorej godziny. Wsiadamy do samochodu i słuchając miłego głosu w naszym telefonie ruszamy do Gargas. Po wyjechaniu z lotniska i miasta, kolejne 15min to jazda w całkowitej ciemności, wąską mocno wijącą się ku górze serpentyną. W samochodzie cisza, nie licząc miłego głosu pani z Google maps i dźwięku głośno przełykanej śliny. Ufff, droga nareszcie się prostuje i nieco rozszerza, jednak nie uraczysz latarni, chyba że w miasteczkach przez które przejeżdżamy. Miasteczka tętnią pełnią życia, w każdym jednym jakiś koncert, a restauracyjne ogródki pękają w szwach. Droga znowu wznosi się ku górze, a gdy jesteśmy już bardzo wysoko, na niebie widać nadchodzącą burzę, atmosfera w samochodzie znowu gęstnieje. Na miejsce dojeżdżamy przed północą, półtorej godziny po umówionym czasie.

Gargas

W Gargas wita nas oświetlony garaż w bramie i sędziwa, bardzo miła pani. Ładniejsza ze zdziwieniem odkrywa, że mimo lat nie używania francuskiego, jest w stanie dogadać się z właścicielką. W kolejnych dniach odkryje zresztą, że nie tylko z nią. Może z francuskim jest jak z jazdą na rowerze? Ale teraz jest dom, a w zasadzie przybudówka do części, w której mieszka właścicielka, jest prysznic i łóżko, jest długo upragniony sen. Rano pobudka, wychodzimy z naszej kwatery i ruszamy w miasto w poszukiwaniu kawy. Z Google wiemy, że w miasteczku znajduje się jedna restauracja i jedna piekarnia, w której mamy nadzieję napić się kawy. Na miejscu, Les Gourmandises de Fontaine zamawiamy croissanty i kupujemy kawę… w postawionym w piekarni automacie z kawą. Po śniadaniu ruszamy zwiedzać. W Gargas nie ma co robić, a „niska” cena noclegu nagle przestaje nas dziwić.

Muzeum Lawendy

Najbliżej nas było Musée de la Lavande w Cabrières-d’Avignon i tam właśnie pojechaliśmy. Z rzeczy, które nas miło zaskoczyły była promocja – w sobotę dwa bilety w cenie jednego. Z kolei samo muzeum składa się z dwóch sal: projekcyjnej, gdzie wyświetlany jest film o historii tego miejsca i regionu, oraz sali z maszynami, kadziami, gablotami, odrobinę interaktywne bo np. można powąchać schowane w urządzeniach odmiany lawendy, ale nie jakoś bardzo. Przeszliśmy je w mniej niż 10min. Wyjście z muzeum oczywiście obowiązkowo przez sklep z pamiątkami, w którym ceny… no cóż, nawet wręczony na wejściu kupon z 20% rabatem nie zachęcił nas do zrobienia zakupów (krem do stóp za 29eur to jednak lekkie przegięcie). Z kolei za sklepikiem urokliwy ogród, pełen lawendy i jak głosiły ustawione w nim znaki, węży. Zwinęliśmy się z tamtąd błyskawicznie.

 

Gordes i Abbaye Notre-Dame de Senanque

Naszym kolejnym przystankiem jest Gordes i położone opodal opactwo Abbaye Notre-Dame de Senanque. Zdjęcia z sieci obiecują piękny, stary klasztor cystersów, wybudowany w 1148 roku, otoczony wzgórzami i lawendą. Po drodze mijamy kilka punktów widokowych, z któych można podejrzeć cel podróży. Jednak tłoczący się przy nich tłum, i zaparkowane bez wyobraźni samochody zniechęcają nas do robienia przystanku. Jedziemy dalej, aż docieramy do opactwa. Jest piękne, z miejsca robi na nas wrażenie, ale gdy podchodzimy bliżej rozczarowuje brak lawendy i mrówczy tłum kłębiący się wewnątrz i na zewnątrz posiadłości. Obchodzimy opactwo z każdej strony, natrafiamy też na mszę i braciszków w jednej z bocznych kaplic. Na koniec zakupy. W sklepie z pamiątkami ceny mają przyjazny stosunek do złotego, a dodatkowo można w nim znaleźć produkty robione przez braciszków. My decydujemy się na lawendowy mód, prosto z pasieki Abbaye Notre-Dame de Senanque. Następnie jedziemy do Gordes, miasteczka położonego na skale. Chcemy z góry rozejrzeć się po okolicy żeby zlokalizować pola kwitnącej lawendy. To dla nich tu przyjechaliśmy. Problem w tym, że gdy już jesteśmy na miejscu, oprócz zielonych traw nie widać nic więcej. Zawiedzeni wracamy do Gargas. Czas na kolację.

La Fontaine de Gargas

La Fontaine de Gargas – to jedyna restauracja w Gargas. Zjawiamy się w niej zaraz po wieczornym otwarciu. Co ciekawe, we Francji też mają siestę, a może tylko na południu? Zajmujemy stolik w części restauracyjnej, obok jest też sekcja z pizzą oraz bar. Zaglądamy do karty. W niej włoski przysmak, oraz regularne dania. Ceny dużo wyższe niż te, do których przyzwyczaiły nas Włochy, Malta czy Teneryfa. Zamawiamy wino, potem okaże się, że pochodzi ono z winnicy ojca właściciela restauracji. Każde z nas zamawia co innego. I tak po dłuższej chwili na naszym stoliku lądują: makaron z owocami morza, sałatka z dużą ilością zielonych warzyw i dwoma filetami grilowanego tuńczyka, oraz pomidory z pesto i mozzarellą. Smaczne, ale za tę cenę spodziewaliśmy się czegoś mniej banalnego. Niestety zdjęcia z kolacji się nie zachowały. Za to mamy zdjęcia z kolacji w Apt, pobliskiej miejscowości która uratowała nas przed głodem, gdy okazało się że w niedzielę Gargas zamyka się na cztery spusty. Naszą kolację zjedliśmy w Le grand cafe Gregoire, miejscu z dużym ogródkiem i przemiłą obsługą. Na przystawę wybraliśmy deskę lokalnych specjałów (serów i wędlin), na drugie pizza oraz lawendowy Kir i lokalny Pastis.  

L’Isle-sur-la-Sorgue

W niedzielę jedziemy do L’Isle-sur-la-Sorgue, miasteczka poprzecinanego kanałami, z duży młyńskim kołem, ot taka mała Wenecja na południu Francji. Dodatkowo co niedzielę odbywa się tam targ staroci. I tak też jest, niestety wjechanie na parking zajmuje nam ponad pół godziny, takie tłumy zjeżdżają do L’Isle-sur-la-Sorgue. Kramy rozstawione są po całym miasteczku, a znaleźć na nich można dosłownie wszystko: od staroci, przez gotujące się jedzenie, świeże warzywa, owoce, mięso, sery, po ciuchy i zabawki. Prawdziwy zawrót głowy. Krążymy tak z godzinę, jednak tłum i upał dają nam w kość. Wpadamy więc na szybką kawę do pobliskiej kawiarni, po czym ruczamy dalej, do Roussillion.

Roussillion i Skały Orchowe

W Google piszą, że orchowe skały w Roussillion przypominają kanion w Colorado. Postanowiliśmy to sprawdzić, ale nim dotarliśmy do skał, już samo miasteczko urzekło nas swoimi położeniem oraz kolarmi. Jest naprawdę urokliwe, usytuowane na wzgórzu, zachęca by zgubić się w krętych uliczkach wijących się wzdłuż pastelowych kamienic. Orchowe skały niemniej zachwycające, a w sklepie z pamiątkami można kupić małe fiolki z pozyskiwanym z nich barwnikiem, by w domu samodzielnie stworzyć z nich farby (akryle, akwarele, pastele…). Fantastyczne miejsce.

 

Le Grappe de Rasin i L’Escalier w Roussillion

W Roussillion zjedliśmy też obiad. Na początek próbowaliśmy dostać się do La Grappe de Rasin, restauracji słynącej z lokalnej kuchni. Można tu zjeść kaczkę i koninę, oraz prowansalski deser tropezienne. Niestety nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł. Restauracja była wypełniona po brzegi. Na szczęście miły właściciel polecił nam inną miejscówkę – L’Escalier. Okazała się ona strzałem w dziesiątkę. Mimo że przechodząc obok, w życiu sami z siebie nie zatrzymalibyśmy się tutaj. Z zewnątrz wyglądało to na typowo turystyczne miejsce, które na ogół omija się szerokim łukiem. To co jest niewątpliwym plusem L’Escalier to formuła menu. W jednej cenie macie trzy dania: przystawkę, danie główne i deser. Taką opcję wybrała ładniejsza, i dostała ratatouille (na zimno, i z jajkiem), mule w pysznym, śmietanowo-serowym sosie (najlepszym jaki do tej pory jadła), do tego aioli (czyli prowansalski majonez z czosnkiem) oraz deser z którego zrezygnowała. Chociaż na pierwszy rzut oka porcje wydawały się małe, po mulach miała w sobie jedzenia po kokardy. Silniejszy poszedł w deskę lokalnych przysmaków, która była pełna dobra: szynka, kiełbasa, pieczeń, ser, marynowane i grilowane warzywa, tapenada (czyli lokalna pasta z oliwek), i dużo więcej. Do tego chrupiąca pizza z marynowanymi warzywami. Wszystko było smaczne, i bardzo lokalne.

Reasumując

Wyjazd udany, chociaż pełen niespodzianek. Goldcar w raporcie który otrzymaliśmy po powrocie do Polski (dzięki pełnemu ubezpieczeniu zdanie samochodu polegało na oddaniu kluczyków parkingowemu, bez oględzin), doszukał się rys na lusterku i drzwiach. Na naszych zdjęciach, przezornie zrobionych przez silniejszego przed oddaniem auta rys nie ma. Gdyby nie ubezpiecznienie, mielibyśmy problem. Kolejną niespodzianką były ceny: noclegów (wzieliśmy najtańszy jaki był w okolicy, chociaż wcale nie taki tani, ale i miasteczko trąciło nudą), w restuaracjach (dwa razy tyle co we Włoszech), czy koszt wynajęcia samochodu (za trzy doby zapłaciliśmy tyle, co za dziesięć dni na Teneryfie). Następnie kuchnia, lista lokalnych specjałów jest długa, niestety nie do odnalezienia w restauracyjnym menu. Od czasu do czasu trafi się ratatouille, ale np. zupę pistou widzieliśmy tylko w słoiku w markecie. Wszędzie dziki tłum, no i brak lawendy. Nastawiliśmy się na fioletowe pola po horyzont, a tak naprawdę trzeba było za nimi jeździć i ich szukać. Na koniec zaliczyliśmy jeszcze trzy plaże w pobliżu lotniska (które nie znajduje się w Marsylii): do jednej nie było jak dojechać ani tym bardziej jak zejść, druga dosyć mocno oblegana przez lokalesów, po trzeciej walało się coś dziwnego, plus wszędzie straszyły zakazy zbierania muszelek pod groźbą paragrafu jakiegoś tam.

 

Jedna myśl na temat “Prowansja na weekend

  1. … mimo wszystko warto było to zobaczyć na własne oczy, doświadczyć, posmakować lokalnych przysmaków i rozpłynąć się w niecodzienności chwili… rozmarzyć się … zachłysnąć się tą chwilą, zachować w pamięci na zawsze… 🙂

Dodaj komentarz