Restaurante Sebastian w Costa Adeje Teneryfa, czy warto?

W Restaurante Sebastian spędziliśmy kilka wieczorów z rzędu. Czy było warto?

Mała Brytania

Reklamy

To ulica, a w zasadzie zaułek na końcu którego, lub początku, w zależności od której strony idziecie, znajduje się Restaurante Sebastian. Lokalizacja tej restauracji dziwi, zwłaszcza patrząc na sąsiadujące z nią inne knajpy i ludzi, którzy w nich przesiadują. Bowiem ta uliczka pełna jest brytyjskich barów, w których od rana do nocy siedzą anglojęzyczni klienci, w wieku mocno już emerytalnym i  pijąc piwo oglądają telewizję. W telewizorach tych, a każdy z barów ma ich co najmniej dwa, lecą non stop mecze: jak nie piłki nożnej, to rugby, jak nie rugby to snooker i tak do zaj…ia. Obserwując ich zachowanie widać, że siedzą na Teneryfie już któryś dzień, może nawet tydzień, bo wszyscy świetnie się tu znają. Z kolei blade lica zdradzają fakt, że oceanu czy chociaż skrawka plaży to to nie widziało. Wszystkie te knajpy ulokowane są jedna przy drugiej. Wychodząc z kibla w jednej łatwo się walnąć i usiąść w ogródku drugiej. Do tego oczywiście w całości prowadzone są przez Brytyjczyków. Tak samo bladych i o tak samo styranym życiem wyglądzie, co przesiadujący u nich klienci.

Trafiło się nam jak ślepej kurze ziarno

Zawitaliśmy do tego zaułka dwa razy, raz na śniadanie i raz wieczorem na piwo. I mimo, że wszyscy byli dla siebie mili, czuliśmy się jak intruzi – w nie swoim świecie, w nie swojej bajce. Dlatego szybko dopiliśmy nasze piwa i poszliśmy dalej. I tak trafiliśmy do Restaurante Sebastian, wystarczyło wstać od stolika, przejść kilka metrów, skręcić w prawo e voila! Naszym oczom ukazała się prawdziwa perełka – miła, przestronna, klimatycznie urządzona restauracja. No to zasiedliśmy. Szybki rzut oka do sieci: opinie dobre, wysokie noty, a sami o sobie piszą, że dbają o swoich gości tak, jak sami chcieliby by o nich dbano. W takim razie karta, butelka wina i popielniczka raz!

Kuchnia świata

To stwierdzenie najlepiej oddaje karę Restaurante Sebastian. Dzięki temu że potem jeszcze wielokrotnie tu wracaliśmy, udało nam się spróbować większości ich dań, łącznie z daniem dnia. Za pierwszym razem postawiliśmy na Azję, i tak naleśnik z kaczką w słodko-kwaśnym sosie dla silniejszego i kurczak Jalfrezi z czerwonym ryżem (wariacja na temat kuchni indyjskiej i chińskiej) dla ładniejszej. Bardzo smaczne, dobrze ale bez przesady, doprawione dania. Następnie steki rib eye (czyli część z sezowanago na steki antrykotu). Jeden z sosem grzybowym, drugi z sosem z rozmarynu, papryki i chorizo. Poemat!

Kolejnym razem wybraliśmy się do Restaurante Sebastian na szybki obiad, a w zasadzie przekąskę i tym razem się nie zawiedliśmy. Ładniejsza wybrała wolno gotowany gulasz wołowy z ziemniakami i kolendrą, a silniejszy ciastko rybne z łososiem i limonką. Gulasz był pyszny, miękkie mięso, warzywa, gęsty ale nie ciężki sos. Do tego rybne ciacho z dresingiem. Zaostrzyło to nasz apetyt na więcej, więc kolejnego dnia poszliśmy tam znowu.

Ostatnia wieczerza

I tu też zjedliśmy kolację ostatniej nocy przed naszym powrotem do Polski. Po dwutygodniowym urlopie w Costa Adeje to był nasz pewniak. Wiedzieliśmy, że tylko tu zjemy smacznie, tylko tu napijemy się dobrego wina i tylko tu zajmą się nami jak starymi, dobrymi znajomymi. Tego wieczoru postawiliśmy na tapas i smakowanie lokalnych produktów. I tak na naszym stole zawitały: zielone oliwki (jak to jest że u nas już tak nie smakują?), chrupiące pachnące pieczywo i kanaryjskie sosy mojo (rojo i verde). Do tego lokalne sery (z czerowną i czarną skórką, plus camembert i blue) z dżemem figowym i podane na ciepło smażone na oleju kiełbaski chorizo (uwaga, to jest mega tłuste danie!). Smażone ośmiornice, a na deser creme brulee z malinami. Każde z tych dań było warte każdego dodatkowego kilograma w biodrach!

 

Restaurante Sebastian
Centro Comercial Los Atamanes, Calle Antonio Navarro, Costa Adeje, Santa Cruz de Tenerife, Hiszpania
http://www.sebastiantenerife.com/

Dodaj komentarz