Troviscas Beach Club, plażing w Costa Adeje Teneryfa

Śniadanie zjedzone, bikini zrobione, lecim na plażę. A na plaży czarny, lawowy piasek boleśnie parzy stopy, ała, i roztapia podeszwy sandałów. Drzewa czy palmy nie uraczysz. Usiądźmy więc w Troviscas Beach Club, na leżakach, pod parasolem z rafii. A czy aby te wygody nie są płatne? – przebiega nam przez myśl. E nie, nigdzie przecież nie pisali, że płatne. Siadamy.

Troviscas Beach Club

Reklamy

Leżaczki przyjemne, długie. Jeden w cieniu, drugi w słońcu, obydwa z widokiem na ocean. Bajka. A skoro zrobiło się tak miło, to może by kawkę strzelił? Cappucino z pianką najlepiej. No to idzie ładniejsza do pobliskiego baru Troviscas Beach Club i zamawia: kawa dla niej, lemoniada dla silniejszego. Miła pani odpowiada coś po hiszpansku, pokazując palcem w stronę opalającego się silniejszego. Problem w tym, że ładniejsza hiszpańskiego nie znaju. To znaczy według niej samej znaju, tylko że reszta świata twierdzi inaczej. Że to, co w mniemaniu ładniejszej jest hiszpańskim, tak naprawdę jest zlepkiem dwóch języków: francuskiego i włoskiego. Notabene, obydwa zna tak samo wcale jak i hiszpański. No nic, miła pani się lituje i przechodzi na angielski, by uprzejmie zapytać o leżaki. O co konkretne, ładniejsza nie usłyszała, więc kiwa głową potakująco, że tak tak, tam leżymy, tam proszę przynieść kawkę i lemoniadę. Pani nie daje za wygraną i pyta wprost: czy chcemy leżaki. Odpowiedź brzmi: a nie, dziękujemy, już mamy – z wyraźnie wyczuwalną nutką zdziwnienia w głosie odpowiada ładniejsza. Głupia, czy co? Przecież już leżymy. W końcu już nie taka miła pani nabiera powietrza w płuca i mówi: trzydzieści euro, litr sangrii lub dwa koktalje w cenie. Aham…

Beach Club to nie ławaka w parku

No cóż, może i nie pisali nigdzie że płatne, ale wzmianki o tym że bezpłatne też nigdzie nie było. Po nitce do kłębka, doszła ładniejsza do tego, że miejsce w którym się tak ochoczo zakotwiczyliśmy – Troviscas Beach Club – to nie przestrzeń miejska z darmowymi ławkami (jak w parku), tylko beach club. Jakie więc mamy opcje? Piasek czarny, parzy a my nie mamy koca na którym moglibyśmy się położyć. Siedzieć cały dzień w wodzie też słabo, zwłaszcza że nie pływamy. Kupić ręcznik od handlarza? Pewnie z piętnaście będzie chciał, no i nie wiadomo z jakiego materiału to jest. Bawełna spoko, ale jak jakieś badziewie z poliestru? Zresztą koc kocem, ale na tej plaży nie ma grama cienia. A w beach lubie to nie dość, że wygodne leżaki mamy to jeszcze parasol z rafii. Zostajemy, dawaj pani litra sangrii.

Obiad

No cóż, sprytnie to sobie wszystko wymyślili. Pomijając fakt, że wszędzie indziej litr sangrii kosztuje do sześciu euro max, a u nich aż szesnaście, to jednak miejscówka jest przednia. Do tego alkohol pozwala zabić w zarodku rozmyślania o wydanych stu dudziestu złotych na coś, co nigdy nie będzie nasze i czego nigdy ze sobą nie zabierzemy do domu (czytaj leżaki i parasol). Cytaując klasyka: oje…śmy flaszkę, czas opie…lić coś na ciepło. A skoro już tu jesteśmy, i leżaki opłacone, to jemy tu gdzie leżymy, czyli w Troviscas Beach Club. Oblekamy nasze spieczone ciała w ciuchy i siadamy przy stoliku. Jest radość, bo w menu Troviscas Beach Club ładniejsza znalazła pozycję ze swojej to-eat listy: churros de pescado. Ryba w cieście na churros, do tego frytki i coś zielonego, zamawiamy. Plus dwa piwa, bo ta sangria coś słabo kopie, a wypiliśmy już 2/3 dzbanka. W Troviscas Beach Club mają otwartą kuchnię. Widać jak na dłoni, jak kucharz przygotowuje zamówione dania. Ładnie odsączył na ręczniku papierowym rybę z nadmiaru frytury. Miło z jego strony też, że po wyciągnięciu gotowej miejszanki sałat z worka i po nałożeniu jej na talarze, wybrał i wyrzucił co bardziej przywiędłe liście.

Typowo turystyczne miejsce

No cóż. Churros de pescados to nie jest klasyczne, brytyjskie chips&fish. To ciasto ma swój własny, specyficzny smak i konsystencję. Jest smaczne, ale bardzo tłuste. No i miejscami było spalone na węgiel, niejadalne. Frytura jak frytura, przydałoby się czasem ją zmienić. Sałatka jak z biedry czy innego Lidla. Ktoś mógłby się zapytać, czego niby spodziewaliśmy się po knajpie na plaży? A no pysznego, świeżego jedzenia, pełnego owoców morza. Miejsca, jakie można spotkać na plaży na Sardynii, gdzie za dziesięć euro dostajesz półmiski pełne muli, ośmiorniczek, sałatki z kalmarów i wiele, wiele więcej. Nisetety, Troviscas Beach Club bliżej do smażali ryb we Władysławowie, niż pysznych i zdrowych, śródziemnomorskich Włoch. To takie typowe turystyczne miejsce, gdzie turysta z Anglii i czy Niemiec przyjdzie, wypije dwa piwa, wciągnie frytki a następnego dnia i tak wróci, bo przecież leżaki i parasole kuszą a jedzenie normą nie odbiega od tego, co je na codzień.

PS. Zdjęć nie mamy, bo nie braliśmy telefonów na plażę.

Troviscas Beach Club
Calle Valencia, 4, 38660 Costa Adeje, Santa Cruz de Tenerife, Hiszpania

Dodaj komentarz