Handlarze z Costa Adeje, czyli wspominamy Teneryfę

Na plaży w Costa Adeje kupisz wszystko, dosłownie. Jeden za drugim, barwni handlarze, paradują przed Tobą zachwalając swoje towary A to kolorowe chusty do pościelenia na gorącym, lawowym piasku. A to okulary przeciwsłoneczne drogich marek, ale w jakże przystępnej cenie. Dla spóźnialskich, złote wysadzane kamieniami rolexy. Dla zmęczonych i zabieganych masaż stóp, teraz zaraz natychmiast, ale zawsze w zgodzie z tajnikami refleksologii. Dla dzieci głośne, migoczące zabawki. Usługa zaplatania warkoczyków, nie ważne że jesteś łysy. I wiele, wiele więcej….

Dobre wychowanie kontra reszta świata

Po godzinie leżenia na leżaku na plaży w Costa Adeje, czujesz się zmęczony ciągłym odpowiadaniem „Nie, dziękuję!”. Czynisz tak, bo tak zostałeś wychowany. Mama zawsze powtarzała, że nie wypada nie odpowiedzieć. No to odpowiadasz, sześćdziesiątą minutę z rzędu. Jednak po dwóch godzinach masz w dupie dobre wychowanie i udajesz, że na raz jesteś wszystkimi trzema mądrymi małpami – nic nie widzę, nic nie słyszę, nic nie mówię! Marzysz tylko o tym, żeby ci wszyscy kolorowi handlarze poszli sobie w cholerę i pozwolili ci cieszyć się tym, po co przyjechałeś do Costa Adeje, czyli słońcem, plażą i oceanem. Nic z tego.

Owocowy pan

Ze wszystkich kolorowych handlarzy w Costa Adeje, nagłośniej słychać handlarza owoców. Jego „Ananas, meloni, kokos” słychać już piętnaście leżaków przed Tobą. Myślisz sobie „Zignorowałem tego od chusty i wytrwałem przy tanim armanim, to i przy melonie wytrzymam”. Tyle tylko, że podczas tych rozmyślań popełniasz błąd. Tracisz na chwilę czujność i nieświadomie, zupełnie niechcący, łapiesz z owocowym panem kontakt wzrokowy. Niby tylko na chwilę, sekundę raptem, ale wystarczyło. Owocowy pan mknie do ciebie, w wyciągniętej dłoni dzierżąc kawałek żółciutkiego, słodziutkiego, soczystego ananasa. Wyciągasz po niego rękę, bo mama uczyła, że nie odmawia się w towarzystwie, przechwytujesz owoc i wkładasz go do ust, a z piersi wyrywa ci się ciche „Mmmmm…”. W sekundę łapiesz się na tej słabości i z pokerową miną oznajmiasz owocowemu panu, że spoko ale nie teraz bo właśie zjadłeś obiad, z zaraz idziesz pływać, że generalnie next time. Owocowy pan uśmiecha się tylko i odchodzi, ale wie że ma cię w garści. Przepadłeś.

Pierwsza działka jest zawsze za friko

Przez resztę dnia owocowy pan zachodzi pod twój parasol z rafii, a tobie co raz głupiej jest go spławiać. No bo ileż można kłamać o jedzeniu i pływaniu. Po twojej opaleniźnie widać, że na bank od trzech godzin nie ruszałeś się ze swojego leżaka, zwłaszcza że przeczytanych stron w książce przybywa. W końcu za którymś razem kapitulujesz i sam wołasz go do siebie. Owocowy pan zjawia się w czasie krótszym, niż mrugnięcie oka, z kartonem po brzegi wypełnionym cytrusami. Prosisz o JEDNEGO KOKOSA, bo widziałeś jak wcześniej sprytnie rozłupywał go jakiemuś grubemu brytolowi leżak obok. Taką samą sztuczkę owocowy pan wykonuje teraz przed Tobą, tym samym zgabnie ignorując pytanie o cenę owego kokosa. Szast prast, i podaje ci jedną połówkę kokosa z sokiem, po chwili drugą z pokrojonymi kawałkami miąszu. Po czym w jednej sekundzie na stoliku przed tobą lądują pokrojone pozostałe owoce: ananas, melon, arbuz, mango… A pociętego zwrócić nie wypada. Zresztą tylko szaleniec miałby odwagę postawić się facetowi uzbrojonemu w maczetę i dziesięć kilo cytrusów! Do tego wszystko wydarza się tak szybko. Na koniec owocowy pan odzyskuje mowę i kasuje cię na czterdzieści dwa euro. Tak, pierwsza działka jest zawsze za friko…

Dodaj komentarz